Zakładki:
Koinonia Jan Chrzciciel
Powołani.
Tamta przestrzeń, z którą nie mogę się rozstać.
Voi
RSS
środa, 22 czerwca 2005
Avanti!

Źle robię nie pisząc wtedy, kiedy nie dzieje się we mnie dobrze. Gdybym na bieżąco pokazywała przed sobą, że coś jest nie w porządku, być może udałoby mi się w jakimś stopniu to pokonać. A kiedy ukrywam coś sama przed sobą, nie wnoszę do swojego życia nic prócz kłamstwa i grzechu. Chciałabym spróbować pisać częściej, ale jakkolwiek mnóstwo miałabym na to czasu, tak nie zawsze mogę się przełamać. Przyznać się do błędu przed samym sobą nigdy nie było łatwo.

W Radzicu byłam w Boże Ciało. Cały tamten dzień był wielkim darem od Pana, pełnym niespodzianek. I chociaż było już zupełnie inaczej niż wtedy, w sierpniu, dotarło do mnie, że Jezus jest w każdym z nas, a więc każdy z nas jest Bożym Ciałem. To najważniejsze.

Ale to było wtedy, to było miesiąc temu, kiedy jeszcze trwałam wiernie. Teraz...Teraz jest teraz i jest źle. Upadłam gdzieś po drodze i choć bardzo chcę znów nie mogę się podnieść. Bo też i trochę nie chcę. To paradoks, ale taka się we mnie urodziła właśnie dwoistość, bardzo zniewalająća dwoistość. Moja modlitwa osobista gdzieś umknęła, zupełnie sobie już z nią nie radzę. I nie wiem kiedy chce wrócić. Wiem, że On czeka i chyba świadomość, że wkrótce przestanie, odejdzie byłaby bardziej mobilizująca niż pewność, że On patrzy, że widzi, że kocha dalej tak saamo mocno i wygląda z cierpliwością mojego powrotu.

I, muszę to przyznać, ale przy Ełie jestem inna. Tutaj, w Domu, jestem inna. Nie wiem dlaczego tak się dzieje - może to przez ten jego stosunek, relację, zniechęcenie. Próbuję, wciąż próbuję go "wyprowadzić na prostą", zachęcić, pokazać to piękno, któro tak mnie uszczęśliwia, a dla niego jest codziennością, monotonią. Nie udaje mi się, jest chyba jeszcze zbyt młody, by pojąć istotę tego piękna, mój zachwit, prawdę. Moja porażka jest tym większa, że Eł w jakimś stopniu zaraża mnie tym, nie skupiam się na tym, co najważniejsze, odbiegam, odlatuję.  Byłabym taka szczęśliwa, gdybyśmy oboje opiewali w zachwycie nad Bożą miłością w takim samym stopniu. Ale w Domu! Razem ze wszystkimi!

A dziś ostatnie spotkanie z Giorgio. Przynajmniej oficjalne. To smutne, że nie miałam okazji poznać go bliżej. To smutne, że nie usłyszę w najbliższym czasie jego wspaniałych nauczań, żartów, nie zobaczę uśmiechu i błysku w oku. Eła, wydaje mi się, w ogóle to nie obchodzi. Dla mnie to strata. Ale przecież każde drzwi muszą się zamknąć, by mogły otworzyć się nowe. Jak sam Giorgio powiedział: "Avanti! Sensa paura! Io sono con te!".

23:00, ke-ka-ko
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 maja 2005
Koinonia- mój Dom i Rodzina.

Kolejny kurs. I kolejny raz nie dane mi było go przeżyć. Nie wiem dlaczego dzieje się tak, że choruję wtedy, gdy dzieje się coś tak rewelacyjnego. Chyba coś w tym jest. Ale co takiego? Kurs Świadectw. Pierwszy taki kurs na świecie i to akurat tutaj, w moim domu! A przecież wiesz, jak bardzo świadectwo jest ważne. Przecież wiesz, jak bardzo chciałam, żeby i moje świadectwo było konkretne. Bo przecież Kurs Pawła, bo przecież...

I Radzic. Koniec świata. Och, gdyby tak wyglądał koniec świata to wiedz, że byłby to raj na ziemi. Tak bardzo chciałam tam wrócić. Jak najszybciej by się dało. I teraz kiedy jest do tego okazja- nie mogę, bo choroba mi na to nie pozwala.

Nie pytam dlaczego. Ufam, że tak miało być i razem z tego wybrniemy.

Czekam na kolejne Agapito. Jestem ciekawa tematu. Kiedyś nie przepadałam za Agapito. Może to wynikało z czasu nań poświęconego? Może z braku dojrzałości? Wiesz, czasem jest mi tak trudno skupić się na nauczaniu Gati, moje myśli biegną gdzieś daleko po to, bym ocknęła się pod koniec i z przerażeniem stwierdziła w duchu, że tak naprawdę nic nie wiem z tego, co powiedziała i drżę na samą myśl o "dzieleniu się". I zarzekam się, że nie, że absolutnie ja tym razem nie dam rady się niczym podzielić, bo nie wiem nawet o co chodzi. I wtedy Duch Święty dotyka mojego ramienia, pcha mnie delikatnie do przodu, mówi "idź, podziel się, oni tego potrzebują tak samo, jak ty", i ja prę do przodu, z moich ust wypływają jakieś słowa, zupełnie nie moje, a tak moje. To są przejmujące chwile. Pokonać własne słabości, wypowiedzieć swoje myśli, te najintymniejsze, na głos. Jeszcze bardziej przejmujące jest wysłuchać tego, co mówią inni. To jest Dar. I Tajemnica zarazem.

I co najważniejsze: 25 kwietnia minął rok od mojej deklaracji. Dokładnie rok temu powiedziałam: "Oto jestem!". Rok temu przyjęłam nowe imię: "Moje imię to Jan". Stałam się kimś nowym, kimś zupełnie niepospolitym. Zostałam powołana i przyjęłam to powołanie. Powołanie to wielki Dar. Chcę ten Dar rozwijać w sobie! Ten rok zmienił moje życie i wiem, że mogę to powiedzieć ze śmiałością. Poznałam Wspaniałych Ludzi (dokładnie wielkimi literami), którzy okazali się niesamowitymi Przyjaciółmi, o jakich nie marzyłam nawet śnić, i których waga przerasta moje wyobrażenie. Poznałam kogoś, z kim chcę spędzić moje najbliższe życie. Poznałam co to Dom i co to Rodzina. Poznałam Tego, Który tak bardzo mnie umiłował "że zesłał swego Syna Jednorodzonego, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale życie wieczne miał". I wiem, że nie zginę, i że w nim będę miała to życie wieczne. On zbudował we mnie nową mentalność. Mentalność zwycięzcy w Nim. Grazie, Signiore! Długo mogłabym się rozwodzić nad tym, jak bardzo moje życie zmieniło się odkąd jestem we Wspólnocie. Powiem Ci teraz tylko tyle: Nie wyobrażam sobie życia bez Pana i bez moich sióstr i braci. Bo takiego życia już nie mam.

12:42, ke-ka-ko
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 lutego 2005
Kurs Filipa 2005.

Kolejny, drugi, w moim życiu. Kurs Filipa. Najlepszy początek. Absolutny nie-koniec. Mnóstwo wspomnień, mnóstwo radości, strumienia doświadczeń. Że wtedy, pokochałam. Pokochałam z całego serca Kogoś, Kto kocha mnie jeszcze bardziej, bezinteresownie, bezgranicznie. Kocha mnie miłością najczystszą. Dlaczego? Bo jestem! Bo jestem dla Niego ważna! Powiesz- "jestem grzeszny, nie potrzebuję Cię, Panie Jezu". Wiesz co On na to? On na to: "kocham Cię pomimo to. Kocham Cię takim, jakim jesteś". Czy to nie jest piękne?

Ten kurs jest trochę inny, niż w tamtym roku. Nie chodzi mi o to, że grupa jest inna, że prowadzących nie ma tylu, ile w tamtym roku. To ja się zmieniłam. Zdecydowałam, że chcę stać po tej drugiej stronie. Że chcę współprowadzić, że chcę stać obok Jezusa i razem z Nim wołać moich rówieśników, by podeszli, by Go przyjęli. Wczoraj odświeżyłam sobie pamięć. Z piątku pamiętałam przecież tylko błoto i słowa "Bóg kocha Ciebie dzisiaj takim, jakim jesteś". Zapomniałam o przypowieści o miłosiernym Ojcu i marnotrawnym synu. Zapomniałam o tym, że mój Pan ma słabą pamięć do moich grzechów. Że nie ma czarnej listy, na której je zapisuje i mi wypomina. Dziękuję Mu, że mogłam to wszystko sobie przypomnieć. Utrwalić fakt, że On może wszystko i nie może tylko jednego: nie może przestać mnie kochać.

Dziś natomiast, kiedy słuchałam Agaty zdałam sobie sprawę, że dzięki Kursowi Filipa moje bierzmowanie było prawdziwe. Prawdziwie przyjęłam Dar Pana, jakim był Duch Święty. Dostałam od Pana prezent. Ty też go dostałeś, lub dostaniesz. Każdy nam powtarzał, że prezentem tym jest Duch Święty, więc mało kto otworzył piękną paczkę. Położyłeś ją na półce, prawda? Podziwiałeś, jaki jest piękny. Czy otworzyłeś Go? Skąd wiesz, co tak naprawdę jest w środku? Ja otworzyłam od razu i zachłannie pochłonęłam zawartość. I powiem Ci, że to najpyszniejsza rzecz, jaką miałam w ustach. Spróbuj i Ty. To nie kosztuje wiele. Podejść, ściągnąć z półki zakurzony pakunek. Rozwiązać wstążkę. I zobaczyć. Zobaczyć, co takiego podarował Ci Bóg. Za darmo. Za to, że jesteś.

Również dziś spaliłam swój grzech. Tak, jak wczoraj się z niego obmyłam, tak dziś go spaliłam. Wiem, że Pan wysłucha mojej prośby i ją spełni, kiedy tylko uzna, że przyszedł na to czas. Grzech bowiem "psuje moją relację z Panem, relację z człowiekiem i relację z samym sobą". Nie pozwolę na to, by zaśmiecał moje życie. Wiem, trudno żyć bez grzechu. Może nawet niemożliwe, powiedziałbyś. Ale ja wiem, że to nieprawda. Wiem, że to możliwe, bo w Nim nawet niemożliwe się spełnia. On potrafi wszystko. On zrobił coś, czego nie zrobił by nikt inny. Wysłał na ziemię swojego Syna, aby zapłacił na nasze grzechy swoim życiem. Nie mogę Go zawieść.

To nie wszystko. Dziś również Beatka uderzyła we mnie pewną informacją, która jest tak logiczna, tak prosta, że nie mogłam uwierzyć, że nigdy o tym nie pomyślałam! Dziś zdałam sobie sprawę, że jestem Księżniczką ! ! ! Śmieszne? Nie ! Jestem Księżniczką, bo mój Tatuś jest Królem. Pan Bóg jest także Twoim Królem i Twoim Tatą, więc i Ty jesteś Królewskim Dzieckiem. Jesteś Księciem! Jesteś Księżniczką! Wiedz o tym, że jesteś dla Niego bardzo cennym i ważnym. On zna Ciebie najlepiej, zna Cię po imieniu i po imieniu Cię woła. Bo jak inaczej? Jest przecież Twoim Tatą!

Jestem szczęśliwa. Przede mną jeszcze jutrzejsza Eucharystia. I następne dwa Kursy Filipa. Chwała Ci, Panie, za to!

13:31, ke-ka-ko
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 stycznia 2005
Ten, który prostuje kręte drogi naszego życia.

Dzisiaj, jak nierzadko to się zdarza, słuchałam kazania podczas Mszy Świętej. Wiem, że to nieładnie nie słuchać kazań, ale kiedy ksiądz ma monotonny, znudzony i usypiający głos albo, co gorsza, mówi jakby przez nos nie sposób tego wytrzymać. A już tym bardziej kiedy te wypociny nie są wcale zajmujące i zaczepiają o tematy, którymi Kościół, w zasadzie nie powinien się zajmować. A, i jeszcze nie cierpię tego wrażenia, że to kazanie jest ściągnięte z internetu. Tego już nie mogę znieść, ksiądz od razu traci w moich oczach. W sumie, co tam księdza moje oczy obchodzą, prawda? Ale ale, o czym innym chciałam. Dziś bowiem kazanie miał ksiądz-filozof, jak ja go nazywam. Jednak jego refleksje były nadzywczajne, ponieważ opowiedział nam bajkę. Tak, bajkę. Postaram się ją oddtworzyć, bo była piękna.

Na pięknej, dużej, zielonej polanie rosły trzy drzewa. Drzewa owe miały swoje marzenia i pragnienia, jak każdy człowiek. Pewnego razu postanowiły podzielić się ze sobą swoimi marzeniami. Pierwsze drzewo powiedziało, że bardzo chciałoby kiedyś być skrzynią na skarby, skrzynią obitą w złoto i srebro, ozdobioną diamentami, chowającą najdroższe i najpiękniejsze ozdoby świata. Pragnieniem drugiego drzewa było stanie się statkiem, potężnym i mocnym, który zawoził by ludzi wszędzie, gdzie tylko zapragną i aby na jego kadłubie czuli się bezpiecznie. Trzecie drzewo marzyło o tym, by być najwyższym. Tak wysokim, aby sięgało nieba, było najbliżej Pana Boga i by podziwiano je na wysokim wzgórzu.

Drzewa przez kilkadziesiąt lat modliły się o spełnienie swych marzeń. Pewnego dnia do lasu przyszli drwale. Kiedy ścinali pierwsze drzewo, miało ono jeszcze nadzieję, że stanie się skrzynią skarbów. Niestety zrobiono z niego karmniki, korytka i inne urządzenia gospodarskie. Kiedy drwale ścinali drugie drzewo ono także miało nadzieję, że jego pragnienie się spełni. Ale i to marzenie spełzło na niczym, stało się malutką łódką rybacką. Kiedy drwale podeszli do trzeciego drzewa ono już wiedziało, że wszystkie modlitwy spełzły na niczym. Straciło wiarę, bo wiedziało, że jej marzenie nie ma szans się spełnić. Zostały z niego  kawałki belek i drewienek, które położono w szopie. Ale to nie koniec historii, bowiem Pan nie zostawia człowieka i nie pozwala by jego prośby były daremne.

Pewna rodzina, która zamieszkała na jakiś czas w starej szopie, bo nie było dla niej miejsca w gospodzie, ułożyła swoje Dzieciątko w żłóbku zrobionego z pierwszego drzewa. Tak oto spełniło się jego marzenie. Wiedziało bowiem, że trzyma w sobie największy skarb świata. Innym razem rybacy wybrali się na połów ze swoim Nauczycielem. Kiedy nadeszła burza przerażeni obudzili śpiącego Mistrza. Ten uciszył burzę, a drzewo, z którego zrobiona była ich łódź wiedziało, że ma na swoim pokładzie kogoś, z kim można czuć się najbezpieczniej. Zatem i jego marzenie się spełniło. Jakiś czas później Ktoś zaniósł trzecie drzewo na szczyt wzgórza i został do niego przybity gwoździami. Drzewo zostało wzniesione wysoko do góry i wiedziało, że jego marzenie spełniło się w najdoskonalszej formie, bo nie tylko było najbliżej Boga- sam Bóg został na nim ukrzyżowany. Tak oto wysłuchane zostały prośby i modlitwy trzech drzew.

Morał tej bajki jest taki, by nie zniechęcać się. Nasze marzenia się spełnią, kiedy tylko będziemy się o to modlić i nieprzerwanie prosić o to Pana. Jak widać nie zawsze spełniają się one wtedy, kiedy chcemy i w taki sposób, jaki sobie wyobrażamy. Ale miłosierny Pan nigdy o nas nie zapomina, po prostu Jego plany wobec nas są nieodgadnione. I na tym polega piękno naszego życia.

Zaufaj Mu i naucz się cierpliwości, to podstawa wiary. Z Panem wszystko jest dużo prostsze...uwierz w to.

19:16, ke-ka-ko
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 stycznia 2005
Po filmie.

Obejrzałam film, który został nakręcony na 25 rocznicę powstania Koinonii Giovanni Battista. Wstyd, że dopiero teraz, ale cieszę się, że odmówiłam sobie parę rzeczy, żeby siąść i oglądnąć, a nie oddać kasetę bez włożenia jej do magnetowidu. Muszę przyznać, że film jest cudowny. Ekipa pokazała tyle świata, tyle kultur, tyle ludzi, tyle wiary, miłości i nadziei. Ten film jest o mocy Ducha Świętego i nakręcony z Jego pomocą! Najcudowniejsze były fragmenty (jakie to szczęście, że takie długie!) z wizyty w naszym kraju, w Polsce! Świadectwo pana, który jest więźniem było bardzo przejmujące i wzruszające. Wizyta w Radzicu, te wszystkie znajome twarze...i, w końcu, Tarnobrzeg! moje miasto! Aż łezka mi się w oku zakręciła...I to nie jedna...Jednak tym, co spowodowało, że z moich oczu popłynęły łzy była muzyka. Muzyka...dźwięki, które wydobywały się z harfy o. Sandro. Nie słyszałam piękniejszej, wzruszającej i bardziej uspokajającej, a jednocześnie silnej, mocnej, pełnej wiary i nadziei muzyki. Cudo! Bardzo się cieszę, że miałam możliwość obejrzenia tego filmu. Jestem strasznie szczęśliwa, że jestem w Koinonii Giovanni Battista i mogę czuć jedność z braćmi i siostrami z całej Europy i świata.

Dziękuję Ci, Panie, za dar powołania!

22:37, ke-ka-ko
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 grudnia 2004
Wigilia klasowa.

(z datą 22.12.2004)

Miałam dzisiaj klasową Wigilię. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam czegoś takiego w szkole. Nie ma co ukrywać, z moją poprzednią klasą nie dało się poczuć magii świąt. Na "wigilię klasową" przychodziło się normalnie ubranym, jedzenia (słodyczy) było tyle, co kto sobie sam przyniósł, a życzenia składali sobie tylko Ci, którzy się lubią wzajemnie lub są w miarę poprawnych stosunkach, resztę traktowało się jak powietrze. Przed świętami, wiesz? To było straszne, ale nie dało się zmienić stosunku niektórych osób do tej uroczystości. Ale teraz mam cudowną klasę. To wspaniałe uczucie lubieć wszystkich. Nie ma osoby, za którą nie przepadam, nie ma osoby, którą lubiałabym mniej. Lubię tak samo wszystkie 34 osoby i dziękuję Panu Bogu za to, że postawił na mojej drodze tych ludzi.

Dzisiejszy dzień był cudowny. Były kolędy, był opłatek, było mnóstwo życzeń, był barszcz z uszkami, pierogi, ciasta, herbatka, była atmosfera świąt. Naprawdę dawno nie czułam się tak dobrze w klasie. Życzenia jakie dostałam były piękne. To nic, że większość życzyła mi jednej i tej samej rzeczy (nawet tym samym zdaniem), rzeczy, która nie ma szans się spełnić, bo tego nie chcę. Liczą się intencje. A na deser był Krystianek mój kochany! Z Krystiankiem składaliśmy sobie życzenia dość długo i były to naprawdę cudowne życzenia, bo przepojone najszczerszymi intencjami. Krystian- trwajmy w tym, co nas łączy, bo to jest jedna z najlepszych spraw, jaka mi się mogła przytrafić! Złożyłam sobie życzenia z chyba 60 osobami, niesamowite...Naprawdę jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa, bo wszystkie te życzenia były prosto z serca. Ten czas w szkole jest bardzo szczególny. Wszyscy czują tę atmosferę i wczuwają się w nią, tak zupełnie naturalnie. Nie umiem tego wszystkiego opisać. Nie umiem ująć w słowa tego, jaki przyjemny był dzisiejszy dzień i jak bardzo wbił się w moją pamięć.

I jeszcze jedno...Pewna osoba, na której mi zależało i zależy powiedziała mi wieczorem, że życzenia jakie jej złożyłam były wyjątkowe spośród wszystkich tych, które dostała. Niesamowicie ucieszyły mnie te słowa, bo życzenia jakie skierowałam do tej osoby były bardzo spontaniczne i prosto z serca. To takie miłe, kiedy ktoś coś doceni...

22:30, ke-ka-ko
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 grudnia 2004
1.

(z datą 26.02.2004)

"Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga, Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało." (J 1,1-2)

Do Koinonii Jan Chrzciciel trafiłam niedawno poprzez Kurs Filipa (kurs przygotowujący młodzież do sakramentu bierzmowania). Od początku ciekawił mnie ten kurs, więc z niecierpliwością czekałam na dzień 23 stycznia, kiedy to miał się rozpocząć. Nie przeliczyłam się. Kurs Filipa był przełomowym momentem w moim życiu, punktem zwrotnym w mojej wierze. Pierwszego dnia zapamiętałam niewiele. Jedno zdanie, ale wydaje mi się najważniejsze, naistotniejsze: "Bóg kocha Ciebie dzisiaj takim, jakim jesteś". Aha, czyli Bóg kocha mnie taką, jaką jestem! Bez względu na moje wady, poczwary i kaprysy! Ale tamten piątek dał mi też co innego. W tamten piątek było błoto. Błoto było na naszych rękach, oczach i ustach. Na moich też. To było obrzydliwe, a jednocześnie cudowne! Nie zapomnę nigdy atmosfery oczyszczenia, jaka wtedy panowała. To błoto cudownie krzyczało, że Bóg nas kocha! Kocha od teraz, od zaraz, od zawsze. Tę wielką miłość mogłam poznać podczas gdy członkowie Wspólnoty dzielili się z nami swoimi świadectwami. Świadectwa te były niesamowite, tak bardzo było widać w życiu tych ludzi miłość Bożą...Pamiętam, że myśmy się wszyscy wtedy śmiali. Byliśmy w szoku, uważaliśmy, że ci ludzie są nienormalni. Kiedy na Eucharystii zobaczyliśmy, w jakiej formie oni się modli...ten taniec, śpiew, klaskanie w dłonie...to było tak inne od tej naszej "normalnej" modlitwy...Wtedy zaproszono nas na czwartkowe spotkanie. Pomyślałam: "co mi szkodzi, pójdę". I poszłam. Z Krystianem i Kasią poszłam. To było kolejne doświadczenie, kolejna nowość, kolejna próba. Miałam to wszystko przed sobą i miałam w tym uczestniczyć, a zupełnie nie wiedziałam, jak mam to zrobić. Byłam gotowa śmiać się z samej siebie, że przyszłam na to spotkanie, jednak milczałam, brakowało mi słów. Miałam mieszane uczucia. Po drugim spotkaniu zaczęłam podziwiać tych ludzi. Byli tacy wolni, radośni, leccy. Zapragnęłam być taka, jak oni. To nie była łatwa droga. Przecież musiałam się przekonać, przecież musiałam wszystko zmienić, przecież musiałam tak po prostu zaufać! Ale ja wtedy naprawdę bardzo chciałam też tak. Spotkania czwartkowe dawały mi mnóstwo radości. Czułam się po nich niesamowicie lekka, radosna. Pokochałam tych ludzi: Agatę, Rafała, Romka, Asię i Kasię i innych. Pewnej niedzieli, na jedną z Eucharystii w ostatnią niedzielę miesiąca przyjechał o.Sandro. Mieliśmy okazję złożyć deklarację. Nie wahałam się ani chwili. Nie wiedziałam do czego będe zobowiązana, ale bardzo chciałam być Janem Chrzcicielem Nowej Ewangelizacji. To był przełomowy dzień w moim życiu. Wtedy tak bardzo czułam jedność Wspólnoty, jak mało kiedy. Byłam niesamowicie nasycona Duchem Świętym! Wyznałam przed wszystkimi, że Jezus jest moim Panem! Od tamtej pory byłam już oficjalnie w Koinonii. Poznałam co to Dom Modlitwy i Agapito, zaczęłam bliżej poznawać swojego Pana.

Jeśli myślisz, że to wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe, to nie mylisz się. Jestem słaba, jak każdy z nas i nieraz upadałam, nieraz miałam kryzys, nieraz moja wiara przechodziła próbę. Bywało ciężko, bywały chwile, kiedy nie modliłam się, nie miałam ochoty, nie czułam się na siłach, nie czułam potrzeby. Jeden z takich kryzysów trwał naprawdę długo. Ogarnęło mnie zło, mimo tego, że wyglądało, iż wszystko jest w porządku było bardzo niedobrze. Siebie nie mogłam okłamać, Pana tym bardziej. Na szczęście niedawno to wszystko się skończyło, niedawno udało mi się wyjść na drogę Pana i w czystości serca kroczyć za Nim. Ale to jest już osobna historia, którą opowiem Ci później.

Wiedz tylko, że kimkolwiek byś nie był, chciałabym, żebyś miał możliwość i ochotę doświadczyć tego, co ja we Wspólnocie. Chciałabym, byś poczuł obecność Pana w swoim życiu. Chciałabym, żebyś zaufał Mu, tak jak On ufa Tobie. Bo musisz wiedzieć, że Bóg może wszystko, ale nie może jednego- przestać Cię kochać...

22:00, ke-ka-ko
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 grudnia 2004
Preludium.

Cześć, jestem Paulina i wyznaję Ci, że moim Panem jest Jezus. Mam już bloga. Tamten to jednak zupełnie co innego. Przestrzeń, w której zaczęłam się dusić i cierpieć na klaustrofobię. Zbyt mało miejsca dla zbyt wielu ludzi. Ludzi, którzy niekoniecznie muszą znać wszystkie moje myśli. A nawet, bym powiedziała, nie powinni. Chcę tutaj podzielić się z Tobą kawałkiem siebie. Chcę pokazać Ci świadectwo mojej wiary. Nie wiem jeszcze jakie ono będzie, sama będę z niecierpliwością obserwować kolejne etapy tworzenia. Tworzenia siebie. Nie musisz nic mówić. Siądź, po prostu, i posłuchaj, co wyskrzeczała moja dusza "na niwach zielonych"...

16:09, ke-ka-ko
Link Komentarze (1) »