Zakładki:
Koinonia Jan Chrzciciel
Powołani.
Tamta przestrzeń, z którą nie mogę się rozstać.
Voi
RSS
środa, 22 czerwca 2005
Avanti!

Źle robię nie pisząc wtedy, kiedy nie dzieje się we mnie dobrze. Gdybym na bieżąco pokazywała przed sobą, że coś jest nie w porządku, być może udałoby mi się w jakimś stopniu to pokonać. A kiedy ukrywam coś sama przed sobą, nie wnoszę do swojego życia nic prócz kłamstwa i grzechu. Chciałabym spróbować pisać częściej, ale jakkolwiek mnóstwo miałabym na to czasu, tak nie zawsze mogę się przełamać. Przyznać się do błędu przed samym sobą nigdy nie było łatwo.

W Radzicu byłam w Boże Ciało. Cały tamten dzień był wielkim darem od Pana, pełnym niespodzianek. I chociaż było już zupełnie inaczej niż wtedy, w sierpniu, dotarło do mnie, że Jezus jest w każdym z nas, a więc każdy z nas jest Bożym Ciałem. To najważniejsze.

Ale to było wtedy, to było miesiąc temu, kiedy jeszcze trwałam wiernie. Teraz...Teraz jest teraz i jest źle. Upadłam gdzieś po drodze i choć bardzo chcę znów nie mogę się podnieść. Bo też i trochę nie chcę. To paradoks, ale taka się we mnie urodziła właśnie dwoistość, bardzo zniewalająća dwoistość. Moja modlitwa osobista gdzieś umknęła, zupełnie sobie już z nią nie radzę. I nie wiem kiedy chce wrócić. Wiem, że On czeka i chyba świadomość, że wkrótce przestanie, odejdzie byłaby bardziej mobilizująca niż pewność, że On patrzy, że widzi, że kocha dalej tak saamo mocno i wygląda z cierpliwością mojego powrotu.

I, muszę to przyznać, ale przy Ełie jestem inna. Tutaj, w Domu, jestem inna. Nie wiem dlaczego tak się dzieje - może to przez ten jego stosunek, relację, zniechęcenie. Próbuję, wciąż próbuję go "wyprowadzić na prostą", zachęcić, pokazać to piękno, któro tak mnie uszczęśliwia, a dla niego jest codziennością, monotonią. Nie udaje mi się, jest chyba jeszcze zbyt młody, by pojąć istotę tego piękna, mój zachwit, prawdę. Moja porażka jest tym większa, że Eł w jakimś stopniu zaraża mnie tym, nie skupiam się na tym, co najważniejsze, odbiegam, odlatuję.  Byłabym taka szczęśliwa, gdybyśmy oboje opiewali w zachwycie nad Bożą miłością w takim samym stopniu. Ale w Domu! Razem ze wszystkimi!

A dziś ostatnie spotkanie z Giorgio. Przynajmniej oficjalne. To smutne, że nie miałam okazji poznać go bliżej. To smutne, że nie usłyszę w najbliższym czasie jego wspaniałych nauczań, żartów, nie zobaczę uśmiechu i błysku w oku. Eła, wydaje mi się, w ogóle to nie obchodzi. Dla mnie to strata. Ale przecież każde drzwi muszą się zamknąć, by mogły otworzyć się nowe. Jak sam Giorgio powiedział: "Avanti! Sensa paura! Io sono con te!".

23:00, ke-ka-ko
Link Komentarze (3) »